Przyroda ci tego nie wybaczy

 

Trzeba by zaproponować ograniczenie przyrostu ludzi na Ziemi, ale to jest teza niepopularna

 

Rozmawia Bronisław Tumiłowicz

 

– Gdybyśmy układali dekalog dla ekologa, to czy najważniejsze przykazanie powinno brzmieć „Nie zabijaj”?

– Moje poglądy są nieszablonowe, bo oparte na kompromisie, a nie radykalizmie. Spieram się np. z antyfutrzakami i nie mam też bezkrytycznego zaufania do idei wegetarianizmu. Jestem biologiem, ale interesuję się też filozofią i różnymi systemami etycznymi. Najbliższy jest mi utylitaryzm Johna Stuarta Milla. Wolałbym jako główne przykazanie „Nie czyń drugiemu, co tobie niemiłe”. I ludziom, i zwierzętom należy oszczędzić niepotrzebnych cierpień, ale nie ma też wśród nich istot nieśmiertelnych. Rzeczywistość jest brutalna. Gdyby zwierzęta nie służyły nam po śmierci, nie dopuścilibyśmy większości z nich do życia. Prawo natury, niezależnie od tego, czy uznamy za jego twórcę istotę boską, czy też ewolucję, wskazuje, że jedno stworzenie służy drugiemu. Oczywiście, nie powinniśmy być tak okrutni jak przyroda dzika, ale nie poddawajmy się też egzaltacji. Potrzebny jest rozsądny kompromis i kierowanie się zasadą: „Jestem życiem pośród życia, które też chce żyć” (Albert Schweitzer). Lew na samych trawkach nie przeżyje. Także linia rozwojowa homo sapiens prowadząca od małpiatek pokazuje, że te zwierzęta były wszystkożerne. Mięso stawało się ważnym elementem pokarmu zwłaszcza wtedy, gdy zaczął się rozwijać duży mózg, co widać choćby w diecie szympansów. Ale jest i druga strona medalu. W bogatych krajach od niedawna jemy za dużo mięsa (jeszcze przed II wojną światową moi przodkowie jadali mięso tylko od święta i znane było pojęcie przednówka, czyli głodu. Bogatsza część świata powinna się dziś ograniczyć w zjadaniu pokarmów mięsnych dla swojego dobra – zdrowia – by uniknąć otyłości jako zwyrodnienia. Warto też ograniczyć chów przemysłowy zwierząt, jako wyjątkowo okrutny, zmieniając sposoby hodowania, transportu i uboju, ale bez histerii, krok po kroku.

 

– Jest pan przyrodnikiem i ekologiem, ale nie walczy z myśliwymi, nawet radzi ubierać się w skóry i futra gatunków pospolitych.

– Sam chodzę w skórzanej odzieży. Myślistwo musi odgrywać ważną rolę zastępowania regulującego wpływu dziś wypartych dużych drapieżników. To ważne, gdyż jeśli jest za dużo lisów, odbija się to na innych gatunkach, np. kuropatwach, zającach. Zaburzająca ekologiczną równowagę działalność człowieka poczyniła spore szkody w biosferze. Radykalni przeciwnicy futer w latach 70. włamali się do ferm z norkami amerykańskimi i wypuścili obce Europie zwierzęta, które teraz rozmnażają się u nas na wolności i wyniszczają rodzimą faunę. Podobnie jak norka amerykańska rozprzestrzeniają się w naszym środowisku naturalnym jenoty przywleczone z Dalekiego Wschodu, a także amerykańskiego pochodzenia szopy pracze, niszczące gniazda lęgowe wielu ptaków.

 

Chrześcijańskie i muzułmańskie bojówki

 

– Czy człowiek, zgodnie biblijną maksymą: „Czyńcie sobie ziemię poddaną”, może zapanować nad tym zamieszaniem w naturze?

– Powinien. Od czasu do czasu mamy nadmiar jeleni i dzików. Jeśli nie będziemy regulować tych populacji, skutki zobaczymy nie tylko w uprawach i zmianach dzikich ekosystemów. Żadne młode drzewko nie wyrośnie, gdy jest zbyt dużo jeleni, co widać na wyspie Rhum na Hebrydach u wybrzeży Szkocji. Tam zresztą same jelenie skarlały do wielkości saren po wyjedzeniu dostępnego pokarmu.

 

– A jednak to nie określone gatunki zwierząt przyczyniają się do największych zagrożeń środowiska, ale człowiek.

– Tak, i nie chodzi tutaj nawet o to, że człowiek potrzebuje najwięcej pożywienia, ale o to, że jest tak liczny i że zużywa ogromne ilości energii. Zapotrzebowanie na nią nie jest równomierne, bo np. jeden Amerykanin zużywa jej 280 razy tyle co mieszkaniec Bangladeszu. Właściwie trzeba by zaproponować ograniczenie przyrostu ludzi na Ziemi, ale to jest teza niepopularna ideologicznie. Podczas ostatniej międzynarodowej konferencji demograficznej w Kairze bojówki muzułmańskie i chrześcijańskie uniemożliwiły przyjęcie wspólnej rezolucji w tej sprawie. ONZ miała program edukacji ubogich i niewykształconych mieszkańców pewnych regionów, przekonywała, że posiadanie np. 10 dzieci, z których połowa umiera, nie ma sensu, bo lepiej mieć mniej potomstwa i lepiej się nim zaopiekować. Wszystko to upadło, m.in. w wyniku wycofania poparcia finansowego przez USA (już wcześniej – i Reagana, i starego Busha).

 

– Czy awantura polityczna wokół Rospudy czegoś nas nauczyła?

– Najkrócej mówiąc – jedni powinni zacząć rozmawiać z drugimi, tymi mającymi odmienne poglądy. Trzeba to robić bez inwektyw i bez powoływania się na Pana Boga. Jednak tego się u nas akurat nie uczy. Szkoła brytyjska, cokolwiek byśmy o niej powiedzieli, góruje w sposobie uczenia negocjacji i dyskusji na argumenty. Tam się wręcz ćwiczy umiejętność bronienia poglądów nie własnych, ale przeciwnych, u nas zaś praktykuje się raczej deptanie osobowości uczniów i nie dostrzega się, że uczeń to także przyszły obywatel, przyszły wyborca, może nawet przyszły ekolog.

 

– Ekolodzy to najczęściej właśnie młodzi ludzie, zapaleńcy, entuzjaści.

– Nie mam nic przeciwko miłośnikom przyrody, ale przychodzi im nierzadko wypowiadać się w sprawach dosyć trudnych, wymagających wiedzy i przygotowania. Jeśli znachor bez żadnych uprawnień bierze się do aborcji czy leczenia, to wiemy, że wkracza na cudzy grunt i często nic dobrego z tego nie wychodzi. Podobnie jest z „ekologistami”. Wciąga się ich w różne układy, spiskuje przy ich pomocy, wciska naciągane liczby i nierzetelne argumenty za lub przeciw jakiejś sprawie. A jednocześnie nie zauważyłem, by ktoś z mediów kiedyś pytał o zdanie jakiegoś profesora z Instytutu Ochrony Przyrody PAN czy z Komitetu Ochrony Przyrody lub eksperta z Państwowej Rady Ochrony Przyrody. Wypowiadają się tylko „ekowojownicy” albo różni zapaleńcy i podejrzewam, że jest tak, ponieważ władzom lub mediom chodzi głównie o efekt polityczny, i to często dokładnie odwrotny od „ekologicznego”.

 

– W jednym z wywiadów wspomniał pan o ekologicznej korupcji, o pobieraniu ekoharaczy.

– Nie jestem prokuratorem, nie mam dowodów, ale domyślam się kilku takich przypadków. M.in. nasza partia Zieloni 2004 z takimi się zetknęła. Przy sprawie Rospudy jedna z organizacji ekologicznych poparła kontrowersyjny przebieg autostrady, jakoby ze względu na korzyści finansowe. Był nawet pewien profesor, który kiedyś tworzył rezerwaty, a później, po przejściu na drugą stronę, stał się czołowym przeciwnikiem dawnych kolegów przyrodników. Trudno jednak powiedzieć z całą pewnością, na ile takie zmiany są wynikiem ideowego kompromisu, a na ile liczeniem na nagrodę za zmianę poglądów. Tutaj granica bywa niewyraźna.

 

– Czy ekolodzy dlatego czują się mocni, że za nimi stoi Unia Europejska?

– Ten pogląd to powtórzenie sloganu Władysława Gomułki, który nie miał argumentów merytorycznych, ale głosił, że Zachód opłaca ekologów. Podobnie stało się zapewne w Rosji, gdzie administracja Putina poniszczyła prężne w latach 90. organizacje ekologiczne. Teraz to u nich kompletnie siadło, a działali tam świetnie przygotowani ludzie. Spotykałem się z nimi na konferencjach międzynarodowych. Ekolodzy są w moim przekonaniu jak pierwsi chrześcijanie, chcą żyć uczciwie i skromnie, gotowi są do wyrzeczeń w imię idei, choć tak jak wszędzie nie brakuje wśród nich pojedynczych zdrajców i odszczepieńców.

 

Zachód może nam pozazdrościć

 

– Czy na tle Europy Zachodniej Polska jest czysta, zielona, zalesiona?

– Wbrew pozorom Polska jest dosyć gęsto zaludniona. Na każdy kilometr kwadratowy przypada 125 osób. To dwa razy więcej niż we Francji, Hiszpanii lub na Białorusi, a kilka razy więcej niż w Rosji, Szwecji i USA. Amerykanie w porównaniu z nami mogą sobie jeszcze śmiecić i korzystać z mało oszczędnych silników spalinowych, bo mają tylko 25 osób na kilometr kwadratowy. Mieszkańcy terenów gęsto zaludnionych muszą żyć oszczędniej i bardziej „ekologicznie” od tych, którzy mają duże przestrzenie. Ale prawdą jest również, że mimo to mamy więcej niż zachód Europy obszarów pięknej przyrody, prawie naturalnej. Choć nie umywamy się pod tym względem do Rosji i Białorusi, Zachód może nam pozazdrościć, bo tam dziką przyrodę zniszczono jeszcze za czasów rzymskich. W Anglii ostatni naturalny las wycięto w XI w., a później były już tylko sztuczne nasadzenia. Taki obszar jak nasza bujna i wielogatunkowa Puszcza Białowieska to unikat, choć trzeba przyznać, że jeszcze lepiej chronione są uboższe w gatunki lasy borealne w Rosji. Istnieje jednak zagrożenie dla rodzimej przyrody, bo z naszego prawodawstwa potajemnie usunięto w 1991 r. pojęcie rezerwatu ścisłego. Według klasyfikacji międzynarodowej wszystkie polskie rezerwaty przyrody zaliczają się do rezerwatów zagospodarowanych, a ścisła ochrona może być w nich jedynie wpisana do planu ochrony, co jest decyzją odwracalną i niższego rzędu. W Polsce nie ma więc żadnego rezerwatu ścisłego I kategorii międzynarodowej, podczas gdy w Rosji jest ok. 100 rezerwatów ścisłych (zapowiedniki), służących wyłącznie ochronie ekosystemów. Nasze parki narodowe, z których słusznie jesteśmy dumni, zalicza się do II kategorii międzynarodowej, bo obok ochrony ekosystemowej dopuszczają masowe udostępnienie ich ludziom (wypoczywa w nich corocznie 10-11 mln obywateli). My mamy 23 małe parki narodowe, a Rosja oprócz wspaniałych zapowiedników ma jeszcze 33 wielkie parki narodowe.

 

– A obszary objęte programem Natura 2000, do którego wpisano dolinę Rospudy, to coś mniej czy więcej?

– Wokół programu Natura 2000 powstał konflikt, choć to zaledwie IV kategoria, kompromisowa, stworzona głównie na podstawie doświadczeń od tysiącleci zmienionej Europy Zachodniej, gdzie już nie ma pierwotnych obszarów, a ochrona jest zróżnicowana mozaikowo. Na przeważającej części każdego obszaru naturowego można gospodarować, tyle że ma to być „racjonalna” gospodarka rolna, leśna, wodna, łowiecka. Tylko najlepiej zachowane naturalne fragmenty obszaru naturowego powinny być chronione w formie ściślejszej, jakby rezerwatowej, a straty konieczne rekompensowane. Nasze władze jednak nie chcą czy nie umieją zawierać kompromisów i stąd konflikt.

 

– Co jest najpoważniejszym, najistotniejszym problemem środowiska naturalnego Polski?

– Niedostatek wody. Wysychanie rzek na skutek zmniejszenia się ilości opadów i dawnych odwadniających melioracji. Dlatego bez sensu jest dziś upominanie się o pogłębianie i budowanie kanałów żeglownych na polskich rzekach, bo wkrótce może zabraknąć wody do celów komunalnych, przemysłowych i dla rolnictwa. Transport barkami po Odrze to idea XIX-wieczna, anachroniczna. Tak samo jest z wielkimi zaporami na Wiśle. Dyrektorzy zajmujący się gospodarką wodną powielają dawne plany i priorytety, z epoki sprzed powstania kolei i samochodów. Dziś błędem byłoby likwidowanie drobnych zbiorników i sadzawek, a także osuszanie błot, które zatrzymują wodę w krajobrazie. Jedna zapora we Włocławku odcięła całe dorzecze Wisły dla ryb wędrownych, likwidując tradycyjne rybołówstwo śródlądowe. Teoretycznie jest możliwość kompromisu między krańcowościami, bo zapory mogą mieć przepławki dla ryb wędrownych. W praktyce to nie funkcjonuje, bo pojawia się zachłanność, aby jak najwięcej wody puścić na turbinę, a najmniej na przepławkę. Przy tym, co dziwne, energetyka nie ponosi kosztów zaburzeń środowiskowych w dorzeczu ani utrzymania zapór, tylko czerpie zyski. Tymczasem 38% obszaru Polski odczuwa deficyt wody, a ocieplenie klimatu to nasila. Nie są więc dziś potrzebne kolejne wielkie zapory i groble, ale raczej poldery, zbiorniki kieszenie, naturalne zakola, suche i półsuche zbiorniki przeciwpowodziowe, kanały ulgi itp. W tej kwestii my, przyrodnicy, znajdujemy pełne zrozumienie u wykładowców hydrotechników, autorów wspólnie z nami wydanych nowoczesnych opracowań. Niestety, w tym samym czasie nie ma porozumienia z decydentami gospodarki wodnej, jako wciąż kierującymi się nauczaniem z czasu ich studiów.

 

– Czyli taka wielka powódź, jaka nawiedziła Wrocław i Opole, już nam nie grozi?

– To może się zdarzyć zawsze, za lat 100, za 10, nawet w tym roku, ale nowoczesna ochrona przeciwpowodziowa daje się pogodzić z ochroną przyrody, nie daje się natomiast pogodzić z żeglugą po uregulowanej rzece. Tutaj jest konflikt interesów. Zarzućmy marzenia o żegludze na naszych ubogich w wodę rzekach. Nie można prostować rzek, bo woda jest zbyt cenna, aby szybko spływała. W czasie XVIII-, XIX-wiecznych regulacji Odry rzeka ta została skrócona o jedną trzecią. Kiedy woda powodziowa wzbiera, jej nadmiar powinno się wypuścić na boczne poldery czy przez kanały ulgi. Regulacja samego koryta rzek temu nie służy. W czasie pamiętnej powodzi z 1997 r. nie zalano przedwojennego polderu Odry, bo pobudowano w nim jedną jedyną leśniczówkę. Za to woda wdarła się do 600-tysięcznego miasta. Później miano zbudować system ostrzegający o nadchodzących z gór wezbraniach, ale nie wiem, czy powstał do tej pory, bo o tym cicho w mediach.

 

Sprzymierzeńcy ekologów

 

– Gdzie są we władzach sprzymierzeńcy ekologów, a gdzie przeciwnicy?

– Może to paradoks, ale bardzo trudno rozmawia się nam z decydentami leśnikami, którzy mają wiele do powiedzenia w resortach środowiska i rolnictwa. Z jednej strony, leśnicy, zwłaszcza ci po szkole poznańskiej i krakowskiej, to najbliżsi nam ludzie, o wykształceniu przyrodniczym. Ale choć wybitny leśnik, prof. Zygmunt Obmiński, już pół wieku temu napisał prace i podręcznik o ekologii lasu, to do dziś przedmiotem sporu ekologów z władzami leśnictwa jest narzucane lasom chronionym przestarzałego gospodarowania rolniczego (agronomicznego) zamiast proekologicznego. Władze leśnictwa sprawują pieczę nad ogromną częścią naszego kraju (25% powierzchni) i pod tym względem lobby leśne jest administracyjnie silniejsze nawet od lobby górniczego (decydującego może o 5% powierzchni). Niekiedy mówi się z przekąsem, że to nie Ministerstwo Środowiska kieruje leśnictwem, ale leśnictwo rządzi resortem środowiska. Prym wiodą dwa silne ośrodki naukowe – warszawska SGGW i Instytut Badawczy Leśnictwa, które są stajniami janczarów przygotowującymi do władzy i do decyzji o znaczeniu strategicznym dla środowiska. Ekologom wyjątkowo trudno dyskutuje się z takimi „rządzącymi” leśnikami, którzy stanowią potężną grupę nacisku. Za kadencji ministra Szyszki posunęli się nawet do tego, że powołano komisję do przygotowania zmiany w Ustawie o ochronie przyrody, złożoną wyłącznie z przedstawicieli „monopolu leśnego”. Prof. Pijanowska, przewodnicząca Państwowej Rady Ochrony Przyrody, i ja z ramienia Komitetu Ochrony Przyrody PAN zarzucaliśmy konserwatorowi przyrody w tym punkcie nadużycie prawa i zwracaliśmy uwagę, że komisja ds. nowelizacji nie ma w składzie przedstawiciela Państwowej Rady Ochrony Przyrody ani choćby jednego instytutu naukowego. Nie można wszak tworzyć prawa wyłącznie pod kątem interesów jednej grupy lobbystycznej. Na takie słowa pan konserwator przyrody w randze wiceministra obrażał się i wychodził z sali. Robił to dwukrotnie.

 

– Są jeszcze dwa poważne zagadnienia związane ze środowiskiem naturalnym, które z braku debaty społecznej znajdują się jakby w zawieszeniu, uśpieniu. To sprawa produktów genetycznie modyfikowanych i energetyki jądrowej.

– I w obu tych sprawach mówię generalnie zdecydowane NIE, choć widziałbym możliwość kompromisu, bo nie wszystkie formy GMO są jednakowo groźne. Różnie też może być w dalszej przyszłości z energetyką jądrową. Do kompromisu potrzebne jest jednak uczciwe nastawienie drugiej strony, a nie załatwianie sobie poparcia rządów za plecami zmanipulowanych propagandą społeczeństw, przy zakneblowaniu mediów.

Produkty genetycznie modyfikowane to dziś doskonały interes i podpora dla silnego lobby biotechnologicznego. To tłumaczy sytuację, że na kilkaset artykułów na temat biotechnologii aż dwie trzecie ukrywa fakt, że badania owe były finansowane przez same koncerny zajmujące się produkcją GMO. A nie ma finansowania badań skutków ekologicznych i społecznych. Tymczasem mamy coraz więcej dowodów, że konsumpcja żywności GMO nie jest bez znaczenia dla przyszłych pokoleń i dla środowiska naturalnego, co zresztą skrzętnie się pomija w wielu dotowanych artykułach. Przemilcza się całe książki o negatywnych stronach GMO (np. Jeffrey M. Smith, „Nasiona kłamstwa”, Oficyna Wydawnicza 3.49, Poznań 2007). Dowiadujemy się z nich, że nawet w USA przestano już używać modyfikowanych ziemniaków jako pokarmu dla ludzi i do skarmiania zwierząt rzeźnych, żąda się też powszechnie oznakowania produktów zawierających GMO. Ale co najważniejsze dla naszego rolnictwa, inwazja GMO to groźba bankructwa i bezrobocia dla milionów drobnych rolników.

Co do energetyki jądrowej w Polsce, to pomijając już hipotetyczne zagrożenie (np. atakiem terrorystycznym), to po prostu nam się nie opłaca ekonomicznie. Koszty budowy są wielomiliardowe, do tego dochodzi zakup paliwa rozszczepialnego, jego transport i budowa magazynu odpadów radioaktywnych. Te potężne pieniądze lepiej przeznaczyć dalekowzrocznie na energetykę odnawialną. Polskie lobby energetyczne utrzymuje nas wciąż w przekonaniu, że możemy wybierać tylko między węglem a energią nuklearną, tymczasem energetyka odnawialna staje się coraz poważniejszą alternatywą. Szykuje się ogromny projekt elektrowni słonecznych na Saharze. Już dziś okazuje się, że wiatraki, np. w Niemczech, pozwalają wyłączyć kilka bloków w starych elektrowniach jądrowych. Przewiduje się, że ok. 2015 r. ceny energii słonecznej i konwencjonalnej zrównają się, bo węgiel i ropa drożeją, a baterie słoneczne tanieją. Na energię odnawialną stawia Dania, Niemcy zaś do 2040 r., a niektóre landy do 2030 r. mają całkowicie uwolnić się od węgla i atomu w energetyce. To są całkiem realne plany. Energia odnawialna – wiatrowa, wodna i słoneczna ma również wielkie znaczenie strategiczne, bo oznacza dywersyfikację źródeł i decentralizację jej wytwarzania. Trudniej tutaj o wielką awarię, która paraliżuje cały kraj.

 

– Czy ma pan swego idola ekologicznego?

– Czerpię wiedzę od wielu wielkich umysłów. Ale wzorem postawy mógłby być dla mnie były wiceprezydent USA Al Gore. To człowiek o szerokich horyzontach, z charyzmą i działający z wielkim poświęceniem, współlaureat pokojowej Nagrody Nobla za działalność w obronie naszego klimatu. Mówiono, że swoją aktywność traktował jako podpórkę w staraniach o prezydenturę, jednak po przegranej wcale nie zarzucił misji społecznej, ale ją nasilił. Do tej pory wygłosił na wszystkich kontynentach ponad tysiąc wykładów na temat globalnego ocieplenia. Dlatego niosę jego myśl dalej, pokazując w naszych ośrodkach akademickich jego film „Niewygodna prawda” i propagując energetykę odnawialną jako sposób na hamowanie groźnych zmian klimatycznych.

 

Przegląd Nr 10 (422) 2008 r.

http://www.przeglad-tygodnik.pl/index.php?site=wywiad&name=289

 

 

 

Prof. dr hab. Ludwik Tomiałojć – wykładowca ochrony przyrody i rozwoju zrównoważonego na Uniwersytecie Wrocławskim. Autor kilkuset publikacji naukowych i popularyzujących ekologię. Potomek podoszmiańskiego zaścianka, syn rolnika. Członek Rady Krajowej partii Zieloni 2004.